Felietony i komentarze

poniedziałek, 9 grudnia 2013

O polskiej tradycji politycznej



Witam wszystkich czytelników po raz kolejny!
Chyba pierwszy raz w historii tego bloga mam zaszczyt zaprezentować tekst spoza portalu suwerenni.blogspot.com. Zapraszam do przeczytania mojego artykułu opublikowanego na łamach czasopisma Libertas:


Życzę miłej lektury! 

środa, 4 grudnia 2013

Centralny Aparat Przemocy w ,,akcji"

Zapowiadane już wcześniej wideo na temat brutalnej interwencji Centralnego Aparatu Przemocy podczas Marszu Niepodległości, w wyniku której stracił przytomność przypadkowy przechodzień. Zapraszam do działu ,,Audio i video"! 

Kontrrewolucja Środkowej Europy


Węgry – kraj wyklęty, jak moglibyśmy powiedzieć, przez bogów współczesnego Olimpu, czyli – posługując się dużym skrótem – niemal wszystkich brukselskich politykierów oraz wszelkich mętów wokół tego ,,jedynego słusznego” ośrodka zgromadzonych. Oczywiście nie chodzi o Węgry jako takie, ale raczej o Węgry Wiktora Orbana – niedemokratyczne, nietolerancyjne i niepostępowe. Cóż z tego, że premiera wybrała zdecydowana większość obywatele (na tyle liczna, że może on sam sprawować władze i nie bawić się w koalicję)? Jeśli Bruksela – naczelny stróż światowej demokracji – mówi, że zasady naszego umiłowanego ustroju zostały złamane, to tak właśnie się stało. I ile argumentów by przeciwko tym tezom nie wytaczać lud dalej będzie wierzył w owe zapewnienia o skorumpowanej, odległej władzy, której sam nawet obrać nie może.
Tak czy inaczej Węgry stanowią ogromny precedens. Już nie tylko silna Wielka Brytania grozi opuszczeniem eurokołchozu (niedawno przegłosowano ustawę, która zapewnia referendum w tej sprawie w 2017 roku), lecz także maleńkie państewko na granicy Bałkanów zaczyna budować instytucje, mogące zapewnić mu w przyszłości samodzielność i suwerenność. I o ile wybryki Wielkiej Brytanii to raczej próby zastraszenia Brukseli w celu wyciągnięcia z jej skarbca, jak największej ilości gotówki, o tyle Węgry wydają się grać zupełnie inną polityką. Orban zakończył przecież współpracę z Międzynarodowym Funduszem Walutowym, spłacając jednocześnie długi zaciągnięte w przeszłości. Jednocześnie do konstytucji Węgier wraca paragraf o Koronie św. Stefana – artefakcie, pamiętającym jeszcze dzieje sprzed tysiąca lat. Jednocześnie Orban dodaje do ustawy zasadniczej zapis o roli tradycyjnych małżeństw.
Mamy zatem precedens – przy postępującym w Europie Zachodniej marksizmie samo centrum naszego kontynentu wydaje się cywilizacyjnie odbijać od paradygmatów forsowanych usilnie przez Unię. Zresztą to nic dziwnego, jeśli popatrzymy na historię. W XVI wieku to właśnie państwo węgierskie stanowiło silne oparcie dla papiestwa za co spotkał je koniec w Bitwie pod Mohaczem, w której Turcy rozgromili wojska węgierskie przy cichej aprobacie cesarzy niemieckich i ich stronnictwa. Ba! Nawet ówczesny król Korony Polskiej – Zygmunt I Stary nie przybył z odsieczą swojemu bratankowi, degustując się sekularyzacją Prus i utworzeniu pierwszego protestanckiego państwa świata. Na obronę Węgier łożyła wówczas pieniądze tylko jedna strona areny politycznej – papiestwo. Zresztą taki był plan: po ogromnych stratach finansowych Rzymu cesarz niemiecki miał otwartą drogę na Watykan. Nic dziwnego, że wkrótce po Mohaczu następuje sacco di Roma –doszczętne splądrowanie Wiecznego Miasta właśnie przez wojska cesarskie. Oczywiście o tym w szkołach się nie mówi, mimo że wydarzenie to zmieniło bieg historii.
Wróćmy jednak do współczesności. Dzisiaj Węgry wydają się odbudowywać dawną, konserwatywną siłę, opierając się przy budowie własnego państwa właśnie na zasadach chrześcijańskich. Podobnie dzieje się także w innych krajach. Ostatni Chorwaci w referendum wprowadzili do konstytucji zapis o tradycyjnym małżeństwie jako jednostce szczególnie chronionej. Wszystko to odbyło się wbrew woli lewackiego rządu, który to odgrażał się, że przez taki zapis Chorwacja może zostać uznana za kraj nietolerancyjny. Straszne! Całe szczęście idioty nie słuchało 66 procent chorwackiego społeczeństwa.
Również w Polsce możemy poszczycić się pewnymi sukcesami na tym polu, bowiem w styczniu tego roku Sejm RP odrzucił wniosek o legalizacje związków partnerskich, czym nie tyle dodał zapis o ochronie małżeństwa (bowiem u nas obowiązuje taki od dawna), o ile obronił tenże artykuł. Oczywiście na sprawach małżeńskich problemy z postępującym marksizmem się nie kończą i trudno cieszyć się tu z jakiegokolwiek sukcesu, kiedy ulicami wciąż przez jakiś czas przechodzą parady sodomitów, a na Placu Zbawiciela w Warszawie stoi (a raczej stała) tęcza – symbol wszelkiego pedalstwa (szczęśliwie spalony). Wciąż zasadniczą sprawą pozostają kwestie gospodarki, ogarnięte przez tą samą ideologię marksistowską, która próbuje burzyć kulturę. Niestety konserwatywny, wolnorynkowy elektorat zmuszony jest głosować na Janusza Korwia-Mikke, bo jak do tej pory scena polityczna nie dorobiła się innych piewców uwolnienia rynku.

Tak czy inaczej wygląda na to, że to właśnie centrum Europy może stać się za kilka/kilkanaście lat miejscem przełomu, gdzie ostatecznie marksizm zostanie odrzucony. W to należy wierzyć, to należy promować, na to czekać... i o to się modlić. A nuż dożyjemy lepszych czasów. 

niedziela, 1 grudnia 2013

Ukraińska niedziela


Od przeszło tygodnia Ukrainą targają protesty, a wszystko za sprawą decyzji prezydenta Wiktora Janukowicza, który zaprzestał przygotowań, mających na celu wprowadzenie w niedalekiej przyszłości państwa naddnieprzańskiego do Unii Europejskiej. Powszechnie zaś wiadomo, że jeżeli nie Europa, to Rosja – i tu nie pierwszy już raz we współczesnej historii świat (a szczególnie państwa centralne naszego kontynentu) dostrzegamy brak takiego bytu politycznego, jakim była Rzeczpospolita Obojga Narodów. Porzućmy jednak rozważania o dziejach sprzed czterystu lat, bo brak republiki polsko-litewskiej (w której skład obecnie wchodziłaby jeszcze Łotwa, Białoruś, Ukraina, Słowacja, Czechy, Mołdawia i przynajmniej część Węgier) jest faktem. W takiej zatem pozycji należy rozważać sytuację Ukrainy.
Niczym nowym nie są także totalistyczne zapędy Federacji Rosyjskiej, odciskające się zapewne silnie także w sytuacji politycznej państwa polskiego, jednak nie tak bezpośrednio, jak ma się to na Ukrainie (oni to przecież są we Wspólnocie Niepodległych Państw, czyli swego rodzaju ,,unii azjatyckiej” pod kierownictwem Rosji). Wszystko zaś wskazuje na to, że naród kraju znad Dniepru powiedział ostatecznie ,,dość!” rosyjskiej supremacji, bowiem po decyzji prezydenta Janukowicza, jaka zapadłą w Wilnie obywatele wylegli na ulice.
Obecnie polskie (i nie tylko) media tematem dnia uczynili to, co dzieje się właśnie za naszą wschodnią granicą, więc otrzymujemy pospołu mnóstwo różnych informacji. Na podstawie ich tonu można wyciągnąć wniosek, że oto cała Ukraina płonie i brak w niej zakątków, gdzie protestujący nie ścieraliby się z służbami porządkowymi. Błąd! Faktycznie wieści, jakie ogłasza większość portali informacyjnych napływają niemal wyłącznie z Kijowa. To tam Centralny Aparat Przemocy (policja) rozpędziło w krwawy, brutalny sposób manifestację zwolenników zjednoczenia z Unią Europejską. Także tam doszło do gwałtownej kontry demonstrantów, prowadzonych przez szefów opozycyjnej partii ,,Swoboda”, w wyniku której zajęto kilka budynków administracji państwowej i próbowano nawet szturmem wedrzeć się do siedzimy prezydenta. Janukowicz zarzeka się, iż to nie on wydał polecenie rozpędzenia tłumu z EuroMajdanu, lecz wręcz takie działanie potępia, zaś opozycja prowadząca demonstracje określa tych, którzy napadli na siedzibę prezydenta mianem ,,rządowych prowokatorów”. Co ciekawe polskie media wydają się przychylać do opinii o sprowokowaniu zamieszek, choć jeszcze kilka tygodni temu kpiono powszechnie z idei, że podobne prowokacje polski rząd może urządzać na Marszu Niepodległości.
Faktem jest, że nie dowiemy się na chwilę obecną, co tak naprawdę dzieje się na Ukrainie. Warto sobie jednak uzmysłowić, że to wcale nie cały naród podrywa się do buntu, a hasła o kolejnej rewolucji – głoszone przez wspomnianą partię opozycyjną – mogą okazać się nic niewarte. Wniosek jest prosty – skoro milion manifestujących Francuzów nie zdołało wymusić na rządzie (oczywiście demokratycznym, bo zachodnim) zniesienia parszywej ustawy o związkach partnerskich, to tym bardziej niewiele znaczy 500 000 Ukraińców. Oczywiście liczba ich systematycznie się zwiększa, jednakże jak do tej pory nie doszło do podobnych zamieszek na terenie Lwowa, Odessy czy Charkowa. Z jakiegoś powodu podobne bunty wybuchły tylko w stolicy... i to z ,,niespodziewanym” wysunięciem się na czoło nacjonalistycznej partii ,,Swoboda”.
Zauważmy jeszcze jeden ciekawy ,,zbieg okoliczności”: polskie władze zgodnie poparły demonstrujących Ukraińców, a zatem i tych, którzy protestom przewodzą. Ba! W tej kwestii mamy historyczny przełom, bowiem Tusk i Kaczyńscy są zgodni – obaj głoszą, że Ukrainie trzeba pomóc wejść do UE, obaj głoszą poparcie dla protestującego ,,narodu”, a sam premier na Twitterze podziękował nawet prezesowi PiS-u za to, że wybrał się z delegacją za wschodnią granicę. A teraz przypomnijmy sobie wydarzenie sprzed kilku miesięcy – atak na prezydenta Komorowskiego jajkiem gdzieś pośród ukraińskiego tłumu. Kim był napastnik; nie wiemy – ,,Borowiki” nie zdołali ani ochronić zwierzchnika państwa przed uderzeniem jajkiem, ani pochwycić napastnika. Ale – cytując Michalkiewicza – skoro jesteśmy skazani na domysły, to się domyślajmy. Należy w takiej sytuacji zadać sobie pytanie: kto w ukraińskiej opinii publicznej w sposób najbardziej napastliwy odnosił się do polskiej wizyty na Wołyniu? Przedstawiciele nacjonalistycznej partii ,,Swoboda” - tej samej, która obecnie prowadzi z zapałem demonstracje antyrządowe! Tą samą partię popiera zatem cały establishment polski z Donkiem Tuskiem na czele! Zauważmy jeszcze, że partia ta ma w programie m.in. powszechnie uznanie za bohaterów bojowników z UPA – organizacji, która dopuściła się rzezi wołyńskiej. Ot wychodzi głupota z naszych politykierów i ujawnia się kolejny argument, że czy PiS, czy PO na jedno wychodzi.
Przypomnę jeszcze na zakończenie cel, jaki przyświeca protestującym – natychmiastowa dymisja prezydenta Janukowicza oraz równie natychmiastowe wybory. Mamy tu do czynienia z finiszem czysto politycznym, nie związanym bynajmniej zanadto z integracją europejską. I tu ponownie prześwieca gdzieś opozycyjna ,,Swoboda”, która na protestach i zadymach wydaje się wychodzić najlepiej.

PS
Z powodów technicznych nie pojawił się przy poprzednim wpisie zapowiadany film. Usterka ta wkrótce zostanie naprawiona, co oczywiście zakomunikuję.